Celem czasu brak końca

Brak czasu. Czasobrak.

Czasu nie da się naciągnąć, spowolnić. Biegnie nieubłaganie, zbliżając do końca wszystko to, co nieubłaganie nastąpi. Końca weekendu, końca świąt, końca terminów, koniec końców – życia. Chyba, że kosmiczna czarna dziura, ale tam też czasu brak.

Rano dzwoni budzik, a ja czuję jakby ktoś mnie z grobu chciał wskrzesić. Poranek to zmartwychwstanie, taki temat na czasie, ale oddający istotę rzeczy. Czekałem tych świąt, tylko z jednego, egoistycznego powodu. Będę miał okazję nie wychodzić z łóżka. Po pierwszym dniu dostałem szału, z prostej przyczyny – nuda. Owszem na biurku leży stos spraw do  ogarnięcia, ale po co to komu, kiedy włączona pauza. Od jutra wszystko, szybko i na ostatnią chwilę. Wiem, że muszę to zrobić.

Nauczyłem się jednego, aby przetrwać wiele rzeczy w życiu, zawsze obierałem sobie cel daleki. Taki trudny, który wymaga podniesienia poprzeczki wyżej. Zazwyczaj odciągało mnie to od dogłębnej analizy sytuacji bieżącej, by nie oszaleć do reszty. Cele bywały różne, jedne udało się osiągnąć inne stoją na bocznych torach. Cele owe zawsze przyspieszały czas, od jednego do drugiego, takie zapchaj dziury. Kiedy już się je osiągnęło, chyba przestawały mieć znaczenie, albo były tylko w połowie tym, co założono na początku. Ale czy w same w sobie nie były przyczyną do zabicia czasu? I spełniły swój cel w celu? Pogmatwane to wszystko, nie na mój mały pomyślunek. Istotnie wypełniłem sobie życie czymś zastępczym zamiast życia. Gonitwą za króliczkiem. Gdzieś mi umknęła chyba prosta radość życia, i to co jest w nim najważniejsze, a dla każdego z nas coś innego. Ale kto ma na to czas?

Dziki kot, a taki tygrysek

Wczorajszy „romantico” wieczór-noc mnie wykończył, padam padam niczym Edith Piaf. Zaraz szybko do łóżka. Dziki dzik. I ja dziko wyglądam, z tą czupryną. Miało być tak pięknie, długie lśniące włosy, fryzura „tap modl”. Ale w moim wykonaniu jak zawsze wyszło indywidualnie odmiennie. Zupełnie jak Jean – Paul Belmondo…. WHAT?

Jean-Paul-Belmondo-image-jean-paul-belmondo-36169259-896-900

Czas na fryzjera, bo loki zaczynają mnie mierzić. Rankiem to koszmar, wstaje jak po uderzeniu piorunem, choć czuję się jakbym zapadał w sen zimowy. Potem prysznic i suszenie, szczotka się łamie, przy okazji wyrywając z cebulkami piękne kiście. Ujarzmić te druty może jedynie beton. Kupiłem taki, a jakże. Kosztował 90 zł. Z tym że wieczorem zmyć go z włosów może jedynie rozpuszczalnik. Cóż pocieszające jest to, że przez dzień trzyma w ryzach kędziorki i fale, a przy tym, wygląda naturalnie. Zaleta glinki.

Nie miałem dotąd tak długich włosów. Nie sądziłem też, że tyle ich wypada, są wszędzie, w całym mieszkaniu. Wypadają cicho i na złość mnie, z tej pustej makówki, jakby znacząc teren samca. Ponoć do 100 włosów dziennie wypadających to normalka. Tylko jak sprzątam to zbieram kiście i naręcza. Koty z kurzu są zazdrosne. Może tak rzadko sprzątam, albo tak mocno przesadzam. Bo na punkcie włosów mam lekko mówiąc BZIKA. Nie wolno ich dotykać, a dwie szafki w łazience są wypełnione tajnymi miksturami. Oczywiście nie używam wszystkich jednocześnie, lecz w zależności od nastroju i kondycji włosa. Kiedyś napiszę o tym rozprawę doktorską. Ale to już jak wszystkie wypadną, tak ku przestrodze. Taka filozofia – co zrobić by nie zrobić sobie ku-ku. Może uzbiera się na perukę albo tupecik z tych martwych pokłosi włosa.

Ot miałem nic nie napisać, a napisałem. Puste to i próżne jakom ja jest.

Everybody loves me!

Sayonara

JEAN PAUL BELMONDO

Ps.

Zamówiłem płytę ADELE, huuurraaaaa, będzie w poniedziałek albo wtorek…. WHY? Nie wytrzymam. Oszukali mnie. Po jakiego zamawiałem na adres domowy. No pusta ta makówka, pusta.

BIAŁA DZIDA

Tak oto mija ostatni dzień urlopu. Jutro ciężki poranek i tak do piątku. Wstałem o 12! Zatem dziś nie pójdę spać by nie zaspać. Urlop w tym roku opóźniony, tak jak i ja ze swoim rozwojem umysłowym. Ale na urlop zwyczajnie nie miałem koncepcji, ani źródeł finansowania. Stąd ten listopad. Wolałbym grudzień, lecz specyfika pracy nie pozwala na absencję w tym miesiącu. No i po drodze te nieszczęsne święta… Dostaję gęsiej skórki. Koszmar za koszmarem. Był czas przywyknąć.

Dwa tygodnie i jeden dzień, tyle czasu zajęło mi by i w tym roku nie pojechać do Barcelony. Powoli staje się ona mrzonką, do tego tak wyidealizowanym marzeniem, że chyba już nie spełni moich oczekiwań. Miałem odłożone pieniądze na wyjazd. Już wybrałem biuro podróży, ale stchórzyłem. Cykor, jak we wszystkim co robię, wszystko na pół gwizdka. Martwy od środka. Łatwiej jest narzekać w czterech ścianach, niż spakować walizkę i wyjść z domu. Boję się żyć, taka jest prawda. Skutecznie zamknąłem siebie w bezpiecznym kokonie, tak bardzo ciasnym, że nie widzę alternatywnych miejsc w których czułbym się bezpiecznie. Zawsze bałem się ludzi. Dlaczego?

Tępa dzida

Hello from the other side.

W końcu po tyyyylu długich miesiącach jest! Długo kazała na siebie czekać. Tylko jeszcze pięć dni i będzie dostępna nowa płyta Adele, nie mogę się doczekać. Może powinienem zająć już kolejkę. Byłem tak napalony, że chciałem kupić płytę w przedsprzedaży na stronie internetowej, ale płatność w obcej walucie skutecznie mnie odrzuciła. Czekałem tyle, poczekam jeszcze chwilę. Nie wiem, nie znam się na takich płatnościach, ze wsi jestem. Tutaj płaci się jajami albo kurakiem. Oba atrybuty noszę zawsze przy sobie, w spodniach.

Tak jak i Ona, i ja powracam. Powracam do pisania. Może nie zbiorę w sobie na tyle sił, by robić to systematycznie. Ale postaram się wrócić do swojej terapii.

I tak dziw bierze, że udało mi się zebrać na tyle w sobie, by po wszystkich wydarzeniach ostatnich miesięcy spróbować coś napisać i nie odnieść się do tego wszystkiego co się wydarzyło w sposób bezpośredni, nie osądzać, nie tłumaczyć siebie. Ponieważ tego nie chcę. Tak się sprawy potoczyły, że pomimo szczerych chęci wyszło jak zawsze. Nic nie trwa wiecznie. Nikt nie myślał że tak jest i będzie i że pewne sprawy zajdą tak daleko. Trudno winić kogokolwiek za to co się rozpadło. Tak. Życie napisało swój scenariusz nie uwzględniając spełnienia marzeń wszystkich zainteresowanych. Ale takie ono jest – to życie. Toczy się dalej, nawet wtedy gdy tego nie chcemy. Chyba piszę bez sensu. Nie wiadomo o co chodzi, ale tak to zostawię. Tym zdaniem zamknę to co było, nie wrócę już do tego. Życie napisze nową historię.

„I’m sorry, for everything that I’ve done”

Są takie chwile, że człowiek przytuliłby się nawet do jeża.

Ahoj

Sposób na Dzięcioła

Poniedziałek

Chciałem coś napisać, ale jakoś nie mogę. Może nie warto ruszać pewnych spraw i zostawić je w piwnicy zalane betonem, najlepiej jeszcze pod warstwą wapna, żeby szybko się rozłożyły i ślad po nich zaginął. Zatem niech tak zostanie.

Weekend bardzo udany, no może poza patologią w piątek, ale na to już wypływu nie miałem. Hamburczyk pokazał co potrafi, a takie dobre z niego dziecko – z pozoru. Reszta spraw zleciała zbyt szybko. Ale chyba zawsze to co miłe mija szybko.

W sumie to nie mam zbytnio nastroju na pisanie. Dodam tylko, że dziś do pracy poszedłem z 5-dniowym zarostem. Ponoć fajnie, choć wiem, że mówią tak aby sprawić mi przyjemność i podbudować moją samoocenę. Od tego ma się przyjaciół.

Idę podumać, reszta mało istotna.

Kroywen

A MOŻE BY TAK PIERDOLNĄĆ TO WSZYSTKO I WYJECHAĆ W BIESZCZADY?

Poniedziałek

W sumie nie wiem, czy tylko ja tak mam. Że jak pierdoli się to wszystko. W pracy nie wiem kiedy i nie wiem jak wybiła 15, a nic nie zrobiłem co zaplanowałem. Nie lubię takich dni kiedy nie mogę ogarnąć czasu. A do tego jak lawina na łeb spadło jakieś durne sprawozdanie do ministerstwa absurdu, i to do jutra do 15. Po co szanować czas innych i przysłać informację odpowiednio wcześnie. Jak można się rano obudzić i przesłać faksem wytyczne i zakres danych. Nie będę się wkurwiać, jestem oazą spokoju, pierdolonym nenufarem beztrosko unoszącym się na niczym nie zmąconej zasranej tafli jeziora.

Do tego po pracy mój Hamburczyk oświadczył, że zostaje do przyszłej niedzieli, że w piątek wielka impreza majówkowa, że będą wszyscy i że będzie draka o podział majątku. Bo ponoć poszło w świat, że sprzedaje dom. Potrzebuję pilnej ewakuacji, bo mnie zlinczują albo sam to zrobię dla świętego spokoju.

Mam jeszcze w zanadrzu butelkę Metaxa. Ale tak od poniedziałku? Kto to widział? A właściwie nikt nie zobaczy, więc w sumie dlaczego by nie, tak na lepszy sen.

Kroywen

CZEKOLADOWE ŻYCIE

Sobota

Od niepamiętnych czasów, pierwszy weekend w domu. Trochę nuda, Hamburczyk przyjechał w czwartek. Ja wróciłem w piątek ze szkolenia.

Na miejscu, jak zwykle ocean alkoholu i ludzi kręcących się po domu. Zawsze tak jest kiedy on się zjawia.

Co do szkolenia to uznaje za udane, zwłaszcza, że nie musiałem tułać się po Polsce środkami komunikacji publicznej. Na koniec szkolenia trener sam podszedł do mnie i zaproponował, że podwiezie do miasta …. gdyż sam z niego pochodzi. Miło prawda? Podróż tez miła :) Za udanym szkoleniem przemawia również fakt, że zakupy pamiątek były nie lada przyjemnością. Zwłaszcza że osobiście zamykałem galerię handlową.

Zatem do domu wróciłem dość wcześnie, a tu na kosiarce Hamburczyk, miły widok. Mimo wszystko byłem zmęczony, a on wymyślił grilla na kolację. Oczywiście całością musiałem zająć się osobiście, gdyż on pod wpływem oraz niezmiennie zajęty. Na koniec padłem na łóżko, dosłownie na chwilę, żeby zebrać myśli przed kąpielą. Obudziłem się o 4:30! W opakowaniu.

Wstałem dziś o 10, ale jakoś tak dziwnie nie miałem nastroju na nic. Późnym popołudniem postanowiłem sporządzić bombę kaloryczną. Ciasto czekoladowe. Spisałem wszystkie składniki  i zrobiłem zakupy. Pierwsze miejsce na liście zakupów było wino. Potem czekolada w niesamowitej ilości, a następnie reszta składników ciasta. Wróciłem i zabrałem się za wino. Kiedy już humor mi się poprawił otworzyłem tabliczkę czekolady. Zrobiło się słodko. Gdyby nie to, że w sklepie spotkałem Złotówę i pochwaliłem się, że robię ciasto, darowałbym sobie pieczenie. Ale niestety Złotówa zapowiedziała, że się zjawi na degustację. Nie było innego wyjścia. Pod wpływem wina rozpocząłem produkcję ciasta czekoladowego. Kieliszek wina za kieliszkiem, rozpierducha w kuchni jakby ktoś atomówkę zrzucił. Czekolada wszędzie, na mnie, na ścianach, na suficie, podłoga się lepi, głowa boli. Po godzinie koszmarnej mordęgi wsadziłem cisto do piekarnika i wyszedłem na ogród posłuchać opowieści o lwie co przekroczył ruską granicę. Takie historie można usłyszeć jedynie wśród znajomych hamburczyka. Ciasto się upiekło, Złotówa pochwaliła jak przyszła, a ja skończyłem butelkę. Będzie jutro głowa boleć, tak myślę.

I co właściwie ja tu pierdole? Nie wiedzę na oczy.

Kroywen

OKRES

„Kazali nam wierzyć, że miłość, ta prawdziwa, zjawia się tylko jeden raz w życiu i do tego zazwyczaj przed trzydziestym rokiem życia. Nie powiedziano nam, że miłość nie jest sterowana i nie przychodzi w ściśle określonym czasie. Kazali nam wierzyć, że każdy z nas jest połówką pomarańczy, że życie ma sens tylko wtedy, gdy znajdziemy tę drugą połowę. Nie powiedziano nam, że rodzimy się w całości, że nikt w naszym życiu nie zasługuje na to, by nieść na swoich barkach odpowiedzialność za dopełnienie naszych braków: rozwijamy się w sobie. Jeśli jesteśmy w dobrym towarzystwie, to jest to po prostu przyjemniejsze. Kazali nam uwierzyć w formułę ‚dwa w jednym’: dwoje ludzi, którzy myślą tak samo, zachowują się tak samo, że jedynie tak to działa. Nie powiedziano nam, że to ma swoją nazwę: anulowanie siebie; że jedynie osoby o własnej osobowości mogą budować zdrowe związki. Kazali nam wierzyć, że małżeństwo jest koniecznością i że pragnienia ‚nie o czasie’ muszą być stłumione. Wmówili nam, że piękni i szczupli są bardziej kochani, że ci, którzy uprawiają mało seksu są zacofani, a ci, którzy uprawiają go zbyt wiele nie są wiarygodni. Kazali nam wierzyć, że istnieje tylko jeden przepis na szczęście, taki sam dla wszystkich, i ci, którzy starają się go ominąć, skazani są na marginalizację. Nie powiedziano nam, że ten przepis nie działa, frustruje ludzi, alienuje ich i że istnieją inne alternatywy. Ach, nie powiedzieli nam nawet tego, że nikt nigdy nam tego nie wyjaśni. Każdy z nas odkryje to na własną rękę.”

John Lennon

Poniedziałek

Taki był fajny weekend, a dziś rano obudziłem się jakiś nie swój. Wstałem o 4:30 bo nie mogłem spać. Prasowałem koszulę i wszystko mnie wkurwiało, to, że muszę czekać, aż to pierdolone żelazko łaskawie się nagrzeje. To że pod prysznicem skończył się szampon do włosów. To że muszę przewidzieć tysiące rzeczy, które czekają mnie przez cały dzień. A przede wszystkim, że dziś wyglądam koszmarnie. Czuje się okropnie. Cały dzień na fochu. Miałem parcie na słodkie, zatem na śniadanie tort bezowy! Z bita śmietaną, malinami i jagodami. Do tego płakałem dwa razy, a dzień się nie skończył.

Łącząc wszystkie symptomy wychodzi na to, że jestem przed okresem. Stałem się kobietą! Tylko kto mnie wprowadzi w ten świat skoro już mej matuli nie ma. Z dwojga złego lepiej okres niż ciąża. Gdzie teraz szukałbym ojca, i który to był, i kiedy?

Jak w tym kierunku moja empatia będzie zmierzać, niedługo urosną mi piersi. W pracy same kobiety, w domu kobieta. Gdzie inne wzorce?

No i masz znów płaczę… a na pohybel to wszystko… spadaj

Kroywen

Kto czeka, ten się doczeka, ale tego co zostawili ci którzy się pchali.

Wtorek

Mój weekend zakończył się wczoraj, dziś wróciłem do pracy. I po co? Chyba tylko po to, by kierownik od papieru toaletowego mógł  mnie wkurwić. Faszysta jeden. Nie będzie mi psuł krwi jeszcze po pracy, więc nic o nim.

Wraz z popołudniem zawitała do mnie Złotówa (osobiście!) na ploty. Jest wielce obrażona, bo widuje mnie jedynie na facebooku, co jest niedopuszczalne! A na dodatek, żeby do tego doszło, że z sieci się dowiaduje z kim ja. Jak i dlaczego? Skandal! I czy to już tak na poważnie? Zawiedziona, że na żywo relacji nie ma, a przecież, powie, doradzi, w oczy spojrzy i wiedzieć będzie czy to to! Na koniec stwierdziła jednoznacznie, że do życia w społeczeństwie to ja się nie nadaję. A już do bycia z kimś 24/7 całkowicie. Sama wie po sobie jak to jest, bo jak jej ślubny na weekend zjeżdża, to już po 2 godzinach pakuje go z powrotem. Tylko wpierw inkasuje euro.

A ja mam poważniejszy problem niż podejrzenia o bliskie relacje. Włosy już mi się nie układają, pora na wizytę u Top Hairdresser, tylko boję się, że wyjdzie jak zwykle. Męczę się, zapuszczam, a od fryzjera wychodzę jak Kojak, bo trzeba było wyrównać. Nie znają umiaru te fryzjerki, jak się dorwą, to tną, po włosach i po kieszeni.

Idę się wykąpać i nałożyć na włosy milion odżywek, bo sól morska strasznie wysusza włosy, skoro o nich mowa.

Kroywen

Jagnięcym futerkiem wałek pokryty

Poniedziałek Wtorkowy

No i po wszystkim. Po co tyle krzyku? Nie umyłem okien dla Jezusa. Nie zesłał na mnie żadnych plag. Żyję. I on wiecznie żywy. Wszyscy szczęśliwi i ledwie żywi po świętach.

Zrobiłem test, od czwartku się nie goliłem, wczoraj wszystkie pięć włosów na brodzie wyrwałem pęsetą. Żartuję, ale jak widzę nie dana mi broda, choć już kobietę z brodą znalazłem.

koper

Miałem jechać do Torunia na przyszły weekend. Wydębiłem nawet urlop na poniedziałek, z wielkim bólem, ale dostałem. Ogólny ból dupy ze wszystkim. Ale wyszło jak zawsze, grupa się rozpadła. Z 12 osób zrobiły się 2, czyli ja oraz Katarzyna z Drewna. Ostatecznie znów jadę do Poznania, gdyż z Katarzyną mamy plan, a z tego co słyszę i czytam, to dość napięty. Jak tak dalej pójdzie to weźmiemy ślub i zrobimy drewniane dzieci, na pohybel temu światu. Pierwszy będzie syn i nazwiemy go Pinokio.

Mówię jej, tej Katarzynie, by szukała sobie faceta z mózgiem, bo fujarę ma każdy. A ona na to, że takiego jak ja nie znajdzie. Ale czy ze mnie fujara czy ten z mózgiem, bałem się zapytać.

Acha i jeszcze jedno, dziś na spotted przeczytałem to: Jaki sklep jest otwarty w Wielkanoc? odp. Allegro

Kroywen